Stoję krok od krawędzi wody, zamykam oczy i wsłuchuję się w szum fal uderzających o brzeg. Powoli wyciszam się i oczyszczam duszę. Wszelkie myśli ulatują i czuję się wolnym.

Bez granic, bez początku, bez końca. Takie jest morze, ocean – źródło życia. W oddali horyzont. Cienka linia dzieląca wodę od nieba. Dzieli, ale zarazem też łączy te dwa żywioły. Poza sezonem turystycznym mam szansę na chwilę samotności, medytacji i oczyszczenia duszy.

„Deep Silence, which is of eternity, which is the heart cannot speak”

– H. Warington Smyth

Będąc nad morzem zastanawiam się co takiego w nim jest, że przyciąga ludzi do siebie. Pomijam aspekt traktowania go jako źródła różnego rodzaju zasobów lub szlaku komunikacyjnego do transportu ludzi i towarów. Albo dużego basenu dla rozrywki turystów.

Ciekawi mnie co skłania ludzi do żeglowania. Szczególnie do żeglowania w samotności. Czy to jakiś gen przygody? Chęć zmierzenia się z żywiołem, poznania własnych ograniczeń i ich pokonywania? Potrzeba adrenaliny, przekraczania kolejnych barier? A może ciekawość odkrywcy? Co kryje się za horyzontem? Jakie niezbadane dotąd lądy? Atlantyda?

Marznę i zastanawiam się jak fotografować morze. Nie wiem, nie umiem. Każde zdjęcie wydaje się fałszywe. Jak stop-klatka pozbawiona życia. Boję się zrobić krok naprzód. Czy ośmielę się marzyć? Czy ośmielę się żyć?

Navigare necesse est…